Czereśniowe żniwobranie
Dodane przez Bonka dnia Czerwiec 28 2009 22:38:13
Słońce stało wysoko bo święty Jan przeszedł boso przez pastwiska. Pogasły watry nad brzegiem jeziora i tylko kupałowe śpiewy wisiały nadal w gęstym od uśmiechów powietrzu. Zaczęły się wakacje, które pozwalały mi spędzać czas u moich dziadków.
Lubiłam biegać boso po pastwisku na które dziadek wyprowadzał o świcie zaspane krowy. Uwielbiałam towarzyszyć mu w tej procesji. To był najpiękniejszy czas w moim życiu. Miałam wówczas 8 lat .
Wokół zabudowań gospodarczych rozpinał swoje skrzydła stary sad . Dziadek wyjątkowo dbał o owocowe drzewa, które tam rosły, ponieważ kochał je jak własne dzieci. Wszystkie owoce rodzące się w tym dobytku były zakontraktowane, toteż kiedy równolegle ze świętym Janem nadchodziły czereśniowe żniwa robiło się tam gwarno. Wokół krążyły łakome szpaki, które w locie chwytały soczyste owoce i na gałązkach zostawiały jedynie nagie pestki wiszące smutno pomiędzy zielenią. Nie było sposobu na te szkodniki, nie pomagały strachy na wróble , które razem z babciom wypychaliśmy sianem i sadzaliśmy pomiędzy gałązkami.
Pewnego dnia dziadek wymyślił sposób na szpacze głodomory i rozwiesił na wszystkich czereśniowych i wiśniowych drzewach dzwoneczki do których przywiązał sznurek. Taki sznurek prosto z drzewa wędrował do otwartego okna przez które wchodził do chałupy. Tam już wszystkie sznurki związane supłem czekały na zainteresowanie. Nad podwórkiem wisiała swoista pajęczyna takich sznurków, za które podczas swojej krzątaniny w kuchni pociągała babcia powodując krzyk dzwoneczków na każdym drzewie . W powietrze wzbijały się czarne plamy spłoszonych szpaków. Niezwykłe to było widowisko.
Pracownicy sezonowi niczym wiewiórki skakali po masywnych drzewach krzyczących soczystością i pocałunkiem czerwieni. Najdorodniejsze owoce wydawało drzewo, które stało oparte o studnię. Możliwe, że jego silne korzenie popijały orzeźwiający kryształ wody , która gasiła wtedy nasze pragnienia.
Bałam się wtedy zaglądać do studni, ale lubiłam orzeźwiającą wodę wyciąganą zeń wiadrem wiszącym na długim łańcuchu za pomocą korby nawijanym na ogromny drewniany wałek. Ciężka to była praca, bo wiadro było drewniane i kiedy nasiąkło wodą samo w sobie było niezwykle ciężkie. Toteż ja nigdy nie próbowałam wyciągnąć ze studni wody.
Czarne od dojrzałości owoce uginające gałęzie kołysane przez letni wiatr kusiły swoim spojrzeniem, wyglądały jak gwiazdy na sklepieniu niebieskości. W słońcu mieniły się odcieniami serca i gasły. Trudno było się dostać na te drzewo, bo było wyższe od pozostałych. Dlatego mogliśmy sobie tylko popatrzeć na te cudowności. Dopiero kiedy przystawiono do drzewa długie drabiny i dorośli zaczynali zrywać dojrzałości, można było nasycić podniebienie smakiem lata.
Drewniane skrzynie wędrowały na wóz. Kiedy już zapełniono go po brzegi świstał bat i nasza kasztanka zaczynała stukać podkutymi kopytami po kocich łbach. Miałam zawsze miejsce z przodu, obok dziadka. Dumna siedziałam na koźle i podziwiałam widoki , które umykały mi przed oczami. Równomierny stukot końskich kopyt w końcu mnie usypiał i tak na wpół siedząc, na wpół leżąc jechałam do punktu skupu. Kiedy wóz się zatrzymał i rozpakowano zakontraktowany wcześniej ładunek, koń stał się jakby weselszy. Dwie czy trzy skrzynki owoców wracające z nami do domu gubiliśmy zwykle po drodze sprzedając okolicznym mieszkańcom. Przedtem jednak wjeżdżaliśmy jeszcze na targowisko na którym dziadek robił najpotrzebniejsze zakupy i rozeznawał się w cenach prosiąt , kurcząt itp.
Do domu docieraliśmy zwykle już po zmroku. Zaspaną i głodną wnosił mnie dziadek na rękach do izby i kładł pachnącej pościeli.

27.06.09 r.


Bożena Ronowska